puchu
14.12.2011
27.09.2011
fotel bujany
björk: moon from Björk on Vimeo.
Bywam tam jeszcze dziś, choć przy wejściu do klatki zamontowano domofon i nie ma nikogo, kto mógłby mnie wpuścić do środka. Przychodzę nocą. Od mysiej piwnicy po nietoperzy sufit przebiegam schody, łapiąc oddech tylko na półpiętrach. Na trzech czwartych wysokości otwieram drzwi.
To był chyba pierwszy fotel bujany, jaki widziałam poza oknem telewizora. Wszystko w tym mieszkaniu lekko się kołysało - zawieszona nad fotelem klatka z papużkami, opadające z niej piórka. Kołysała się herbatka w szklance i talerzyk z ciasteczkami - zjedz mnie, precz łapy, zjedz mnie, jeszcze nie teraz.
Pokój był dla fotela za ciasny - jego bieguny o podróżniczych zapędach za każdym bujnięciem chciały unieść siedzącego na nim kilka centymetrów dalej. W jednej sekwencji, od ściany do ściany dało się wykonać siedem i pół bujnięcia, potem trzeba było wstać i przeciągnąć fotel z powrotem na linię startu.
Gdy gwizdek w kuchni wywabiał Starszą Panią do kuchni, rzucałam się na fotel i próbowałam go bujnąć raz, a dobrze. Niestety, był tak skonstruowany, że zatrzymywał się wpół wychylenia. Był jak Japonka w kimonie, skazany do końca życia na małe kroczki, które go, zresztą, jak pomyślałam z goryczą, donikąd nie zaprowadzą.
Przypomniał mi się ten foteli dramat na tarasie domu, w którym odpoczywałam od życia. Gdy praca wywabiła jego stałych mieszkańców do wielkiego miasta, zostałam sam na sam z innym fotelem na biegunach. Rzuciłam się bujnąć go raz, a porządnie. Nie miał zabezpieczeń. Przewrócił się.
10.09.2011
pudełko i pustynia
Właściwie po tym wszystkim można by odnieść wrażenie, że nigdzie się znikąd nie ruszamy. Ruch i hałas są jedynie uprzejmością mózgu, któremu nas żal, że tak tkwimy w miejscu bezradnie i nic sobie nie użyjemy świata. Ale załóżmy, że gdzieś byłam i wracam. Drzwi ogłuszają mnie komunikatem ze zrzutu butelek: koniec drogi. Rejestruję tylko mocniejszy ruch powietrza na policzku i już pudełko wyciąga mnie za ramiona do środka. Lokomotywa bezszelestnie rusza, ciągnie za sobą ślepe wagoniki. Nie muszę przymykać oczu, jest ciemno i tylko latarnia w półśnie przyciąga robactwo, bo coś przecież musi je przyciągać. Słyszę ich irytację, przekupne pokrzykiwania, że na drodze do stopienia się z ostateczną jasnością stanęła im powieka lampy. Inżynierowie bywają jednak okrutni. Nic nie widać na odległość większą niż trzy metry i w całym tym kręgu tylko skoszona trawa, intensywniejsza, bezczelnie zielona, jedyna. Ja rozumiem ten krzyk. Trawę się kosi i zostawia na pastwę płowienia, obłędu z pragnienia i łaskotanie pracowitych myszy. Tak pachnie śmierć łąki.
Dokądś kuszą zasklepione gładko języki wystygłej lawy, mogłabym mieć koła i dać się im wywieźć w te krecie tunele, wiem, że się nigdy nie kończą. A gdy rano przyjdzie świt, księżycowi będzie wstyd, że on został, a gdzie ty? Tory - równoległe rysy na klapie fortepianu. Żebym nie zapomniała, że ktoś tu był przede mną i skąd w ogóle jestem. Trawę wypycha świerk. Po raz pierwszy uginają się kolana. Pociąg połknęła już gąbka lasu i jedyne dźwięki krążące wokół ucha to te nieszczęsne latawce tłukące o humanitaryzm, koniki polne przygrywające truchłu łąki i krew w moich żyłach. bardzo szorstki dźwięk. niebezpiecznie blisko.
dalej jest morwa, dalej są drzewa bez imion, ale z zapachami, trzeba by ich flakony nazywać drzewo 1, drzewo tysiąc czterdzieści trzy... za którymś przeciera się pudełku podszewka i coś tam świeci zza chmur, blade, wystraszone. Czemu owady nie lgną do księżyca?
Miękkie buty przyklejają się do asfaltu i bardziej już chyba słychać tarcie powietrza, idę, idę. Po raz drugi uginają się kolana pod wplątującymi się we włosy przejrzałymi śliwkami, strącam je, rozmaślają się na podeszwach. bardzo chcę widzieć i omijać. Mają to szczęście być fioletowe na zewnątrz i zielone od środka - ciekawe jak to jest być tak idealnym i umierać tak parszywie, ale cicho, cicho mal, to tylko owoce.
szczękam bramą, zgaszone światła nie poprowadzą mnie donikąd, za to ciągnie mnie ogromna dzika róża tuż pod gankiem, pamiętasz, jak ona obłędnie wygląda w październikowe poranki, gdy się kocha w trawie z mrówkami. i uginają się kolana po raz trzeci - w ciszy i ciemności chyba stoisz w oknie. czy to może zapach twoich białych włosów.
21.08.2011
jak zobaczyć boga
Koniec sierpnia. Beton o ósmej rano nie zdążył się jeszcze nagrzać, czuję każdą kość. Od ganku w stronę furtki biegnie ścieżka, wzdłuż której zasiane są, zdaje się, że z rozmysłem, rzędami, kwiaty różnej wysokości i koloru. Stąd, skąd się w nie wpatruję, tworzą wielobarwną, pastelową plamę wielkości mojej dłoni. Przez jakiś czas wpatrywałam się poza nie, ale ich długie, wychudzone cienie i pokruszone światłem kolory ściągają uwagę. Mogłabym tę plamę sfotografować, myślę, upijając łyk niemal wystygłej kawy, ale nie mam nic na pierwszy plan. Kotka, która grzeje mi nerki.
Dziwna jest - z dwóch młodsza, dziksza, nie do głaskania. Jej matka sypiała ze mną, gdy jeszcze nie byłam tu gościem, ona - nigdy nie dawała się dotknąć. Teraz, ilekroć siadam na schodkach, przychodzi i się ociera, przymykając oczy; przymykam oczy.
Na tę myśl kotka powoluśku oddala się ode mnie w stronę plamy kwiatów; zła, zła kompozycja, bo z tej perspektywy nawet nie widać, że to kot, światło za ostre do takiego jasnego futra, a kadr musiałby być pionowy. Kotka więc siada. Jeszcze odrobinę głowa w bok, myślę, a kotka obraca się bardzo wolno, wysuwa w moją stronę biodro, podnosi wysoko nogę. Gdy tylko ma się zacząć myć, coś odwraca jej uwagę w przeciwnym kierunku, jej ciało tworzy w ten sposób puchaty trójkąt.
Jest kompozycja idealna. Może niestety, ale zamiast aparatu mam w dłoni kubek, więc nikt oprócz mnie nie zobaczy tej trójkątnej kotki na tle doskonale wielobarwnej rabatki kwiatów. Spogląda na mnie, zastygła w tej pozie, więc i ja przestaję się ruszać - biało ubrana kobieta z parującą jeszcze nieco kawą na żółto brązowej plamie domu, rzucająca długi cień. Nikt nas poza nami nie zobaczy.
Wracam do pokoju, otwieram na oścież drzwi balkonu. Ostatnio trzymałam je zamknięte, bo koty znów przyniosły mi w prezencie zdechłego szczura i nie chciałabym go znaleźć w środku. Ale jeśli zdechłe szczury są tym, co przynoszą koty, pora otworzyć drzwi.
12.07.2011
o dzieciach
odczekałam miesiąc i chyba warto.
http://kulturaliberalna.pl/2011/05/27/poniedzialek-warszawa-jest-kobieta-malinska-dzien-bez-dziecka/
http://kulturaliberalna.pl/2011/05/27/poniedzialek-warszawa-jest-kobieta-malinska-dzien-bez-dziecka/
10.07.2011
przeciwne fazy
Podczas blisko i dalekobieżnych podróży zawsze niepokoił mnie najbardziej moment przekazania funkcji granatu nowemu, nieznanemu mi jeszcze panu. Zmiennik ów wsiada zawsze na jakiejś pośledniej stacji; niemożliwe jest przewidzieć, w którym dokładnie momencie pojawi się na pokładzie. Rytm zmian granatowych jest inny niż rytm samego pociągu - cel podróży maszyny nie jest tożsamy z celem podróży granatowego. To wszystko czyni pociąg samoistnym, wolnym bytem, który zmierza dokądś z determinacją, niezależnie od tego, jak bardzo ów cel jest wszystkim jego pasażerom, włączywszy granatowych, nie po drodze. Pasażerowie, nieświadomi niebezpieczeństwa, przyjmują te zmiany jak coś naturalnego. Czemu nie krzyczymy z przerażenia, gdy drugi raz bilety przychodzi sprawdzać już inna, równie beztrosko uśmiechająca się istota? Co zrobiłeś z poprzednim granatowym?!
Nawet na stale uczęszczanych przeze mnie połączeniach nie jestem w stanie wyznaczyć okresu zmian - nie wiem, dlaczego dziś ta, a nie inna stacja jest momentem dłuższego postoju, familiarnych poklepywań i zapytań, jak się sprawy mają. Granatowi są jeźdźcami, którzy dosiadają na chwilę pędzącego rumaka i podrzucają go, jak kukułcze jajo, innym, czasem w środku nocy zbudzonym w tym celu, ogolonym i eleganckim, następcom. Raz zdarzyło się, że granatowy nie stawił się w umówionym miejscu o wyznaczonym czasie. Jakich dżokejskich sztuczek trzeba było użyć, by skłonić pociąg do zaczekania na niego na stacji?
Dziś pociąg, którym dojeżdżam z Wrocławia do Warszawy, spotka się w fazie z przemiennością dni.
- Przepraszam, o której godzinie ten pociąg dojeżdża?
- O zerowej. Po drodze kwadrans opóźnienia złapał, więc o zerowej co najmniej.
Gdy wysiądę z pociągu, będzie już poniedziałek. Myślę o wszystkich ludziach, którzy rozjechali się w niedzielę w rozmaitych kierunkach - czy są już w domach, kto będzie podróżował jeszcze wtedy, gdy ja będę odsypiać najpiękniejszy świt mojego życia. Jakich dżokejskich sztuczek trzeba było użyć, żebyśmy wszyscy na ten krótki moment zgrali się w fazie?
I jeszcze co się stanie, gdy spotkam człowieka z tą samą częstością.
Nawet na stale uczęszczanych przeze mnie połączeniach nie jestem w stanie wyznaczyć okresu zmian - nie wiem, dlaczego dziś ta, a nie inna stacja jest momentem dłuższego postoju, familiarnych poklepywań i zapytań, jak się sprawy mają. Granatowi są jeźdźcami, którzy dosiadają na chwilę pędzącego rumaka i podrzucają go, jak kukułcze jajo, innym, czasem w środku nocy zbudzonym w tym celu, ogolonym i eleganckim, następcom. Raz zdarzyło się, że granatowy nie stawił się w umówionym miejscu o wyznaczonym czasie. Jakich dżokejskich sztuczek trzeba było użyć, by skłonić pociąg do zaczekania na niego na stacji?
Dziś pociąg, którym dojeżdżam z Wrocławia do Warszawy, spotka się w fazie z przemiennością dni.
- Przepraszam, o której godzinie ten pociąg dojeżdża?
- O zerowej. Po drodze kwadrans opóźnienia złapał, więc o zerowej co najmniej.
Gdy wysiądę z pociągu, będzie już poniedziałek. Myślę o wszystkich ludziach, którzy rozjechali się w niedzielę w rozmaitych kierunkach - czy są już w domach, kto będzie podróżował jeszcze wtedy, gdy ja będę odsypiać najpiękniejszy świt mojego życia. Jakich dżokejskich sztuczek trzeba było użyć, żebyśmy wszyscy na ten krótki moment zgrali się w fazie?
I jeszcze co się stanie, gdy spotkam człowieka z tą samą częstością.
09.07.2011
decyzja
Kolejną noc w namiocie pieruński ziąb. Poruszam nogą, śpiwór mokry. Na ściankach moje skroplone sny. Ta, przecież nic mi się nie śni. Więc może tylko oddechy. Nie ma miejsca na sny, bo bębny się rozpychają brzuchate, a śmiechy się wiercą - worki pcheł. Więc zimno aż do kości. Nie czuję biodra, przyleżałam. Rozcieram nogi rękami.
Powinnam rozsunąć śpiwór i założyć sweter. Tam będzie jeszcze zimniej. Jeszcze zimniej jest gorzej niż po prostu zimno. To nic, że założę sweter i po chwili wszystko wróci do normy. Ile może mi zająć założenie swetra? Dwadzieścia sekund? Dwadzieścia sekund arktycznego chłodu, no kaman. Będzie bolało, ale tylko przez tę krótką chwilę. Potem przecież będzie tylko lepiej. A co, jeśli swetra nie ma pod ręką? Co, jeśli nie wiem, gdzie go szukać? No to stracę dodatkowe 30 sekund. Razem niecała minuta.
Leżę. Leżę.
Powinnam rozsunąć śpiwór i założyć sweter. Tam będzie jeszcze zimniej. Jeszcze zimniej jest gorzej niż po prostu zimno. To nic, że założę sweter i po chwili wszystko wróci do normy. Ile może mi zająć założenie swetra? Dwadzieścia sekund? Dwadzieścia sekund arktycznego chłodu, no kaman. Będzie bolało, ale tylko przez tę krótką chwilę. Potem przecież będzie tylko lepiej. A co, jeśli swetra nie ma pod ręką? Co, jeśli nie wiem, gdzie go szukać? No to stracę dodatkowe 30 sekund. Razem niecała minuta.
Leżę. Leżę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

