kieszenie mam płytkie, ale pełne onomatopej.
biegnę pod wiatr - one się gubią w trawie;
i nagle dookoła budzą się dźwięki ---
uf
udało się jeszcze raz ją zagłuszyć.
16.06.2009
15.06.2009
bibografia przedmiotu I
tekturowe kubeczki do kawy łatwo przepuszczają światło. wyginasz szyję i przechylasz go tak, by część osiadłej na dnie pianki spłynęła Ci do ust (jest zimna i delikatna, jak chmury, które jedliśmy razem przedwczoraj). grawitacja wspaniałomyślnie zawiesza swoje działanie, pozwala koronkowym bąbelkom uniknąć stopnienia od różu Twojego ciała. na dnie tworzy się nieregularna mandala podświetlana przez zaokienne słońce. odczytujesz niedoskonałe kosmosy.
12.06.2009
11.06.2009
gdzie są koty maliny

czy pragnie pani zamówić taksówkę?
ostatnio muszę pragnąć zbyt wielu rzeczy, zwłaszcza w moim intymnym życiu internetowym: czy pragnie pani zamówić hotel? (zaznacz odpowiednie pole); czy pragnie Pani otrzymywać nasz newsletter? czy pragniesz zaprosić użytkownika Jan Kowalski do znajomych?
i naraz myślę sobie, że mogłabym pragnąć posiadania tego użytkownika wśród moich znajomych, jeśli tylko łaskaw byłby wciągnąć na siebie sweter w kolorze mojego lasu. dramatyczne. wymagać od ludzi, by zmieniali się aż tak...
nie ma kotów w kotłowni. a chcę je wygiglać. powinnam je wygooglać. tylko jakie zadać pytanie?
drzwi do kotłowni zamknięte. wracam na górę z połowicznym zaledwie spokojem. drzwi zamknięte, ale kotów nie ma. co prawda nie ma też złodziei. ale nie ma kotów. nie ma złodziei. choć nie ma kotów, nie ma też złodziei. jakkolwiek nie ma kotów, przede wszystkim nie ma złodziei. co prawda nie ma kotów, lecz - hoho! - nie ma też złodziei! always look at the bright side of life, ti rum, ti rum-tea room...
...TEA ROOM
znasz sto procent kontekstów i nie ma mowy o interpretacji - mówi M. równolegle do mojego pisania, a mi z melodii jej słów uciąga się jak mordoklejka trochę zapachu tamtego lata. aż bolą zęby. pochodnie namaszczają noc coraz to pokapując kroplą oleju według swojego niestałego zegara, według chwiejnego płomienia wypływającego z ich czarnych serc. obok pochodni jest w tym zapachu tlący się koniuszek kadzidła, jestem przekonana, że tak właśnie pachnie Samarkanda, do której w końcu - to pewne - wybiorę się naprawdę i sprzedam swoje serce pomiędzy fasolą a łubinem za odrobinę atłasu. nad nimi unosi się mokry szafir wieczoru, osiadający na skroniach i policzkach brokat oczekiwania na nadejście królowej, której błysk każe o poranku odwracać wzrok w kierunku ziemi. w końcu magicy z Czech (dlaczego kocham Czechy - tego przyjdzie mi się dowiedzieć o wiele, wiele później) nalewają nam do chłodnych, białych naczyń czaj. i czaimy się, nie mówimy nic, aromat parzy nam sperlone brokatem powieki, próbujemy spomiędzy płatków kwiatów na powierzchni wyłuskać znaczenia słów przy sąsiednich stolikach. języków jest więcej niż płatków. uśmiechamy się. psyt.
a zatem - dlaczego nie ma kotów w kotłowni?
jest czerwiec. pośród niespokojnych przezsennych gaworzeń topól przy nasypie odzywa się koguci budzik. przegina. piszczą młode sowy. uczą się nie bać, patrząc w mrok. to właśnie jest nasze życie, mówi sowia mama - patrzeć, gdy ciemno, że oko wykol. myślę, że właśnie z tej przyczyny sowy nie mają problemu z wiarą w Boga.
jest czerwiec. pomiędzy czarną trawiną uwijają się jaszczurki i szczurki, które moje koty przyniosą mi na śniadanie o świcie, układając je w równych rządkach na przedprożu mojego balkonu, z którego żadna Julia nigdy się nie wychyli. czy ktoś widział julie wśród martwych jaszczurek?
a zatem - gdzie są koty maliny?
gdzie są koty maliny?
no, gdzie?
2.06.2009
miasta portowe

sopran: krzyki ptaków; basso continuo: szuranie miotły o chodnik; kuplet: przejeżdżający coraz częściej autobus.
Nagle poczułam zapach zielonkawej wody - znów jestem w Hadze o świcie.
Najbardziej marzną mi zawsze uda i koniuszek nosa. Ulice śpią wyciągnięte w stertach śmieci po wczorajszej nocy - od dworca ciągniemy do katedry, potykam się o tory tramwajowe. Jeszcze nie zapomniałam ciepła kołdry, a może nawet pamiętam je coraz lepiej. Jeden z miotlarzy podejdzie za chwilę i, zerkając co chwila na włosy tuż ponad moim czołem(które tego lata wyjątkowo nie zdążyły wypłowieć na słońcu, bo marnie opala się w szklarni), wyzna mi miłość. Będzie miał na imię Cosmos i skórę czekoladową jak Framboise 70% Noir. Tłumaczę mu, że nie mam telefonu. Zapisuje mi numer na skrawku papieru. i jeszcze to imię - Cosmos. Jak to jest, być kochanką wszechświata?
Więc jak to się dzieje, że o poranku w mieście, które przecież za chwilę otworzy okiennice i pójdzie myć zęby nad kanałem, jest się mile widzianym gościem? Ściany przytulają się do twoich wychłodłych skroni, uliczki zawijają się w śniadaniowy rogalik, powietrze kruszy się w palcach jak francuskie ciasto? Jak to jest, że dom Spinozy ma konkretne drzwi, kuszącą złotą klamkę, wysokie okna, wąską wstążkę chodnika tuż przed sobą? Jak to jest zrobione, że równolegle z moim skróconym krokiem co chwila jakiś fragment tego obrazu taje z bezruchu, element pocztówki porusza się i mizdrzy do obiektywu mojego oka?
i nagle gdzieś pośród kół, kierownic, koszyków i dzwonków opartych o stojak znajduję mój rower z dzieciństwa. już wiem.
z pamiętnika adiustatorki
"A zatem nie ma zbawienia poza nieśmiertelnością przemiany materii"
wielu rzeczy nie przemyślałam zbyt dokładnie, trzeba przyznać. przemknęłam po nich opuszkami, głasnęłam je brzegiem pseudoetnosukienki, zahaczyłam warkoczem, nie zagrałam ich mięsiście. Odruchowo robię unik prawym ramieniem - z tamtej strony moje ciało spodziewa się spiczastych, dobrych palców Pani B., która zakrzykując "Magda!" spróbuje mnie doprowadzić do pełnej jedności z rytmem, który wymyka się moim opuszkom - co krok, co kuplet, co akcent.
przemknęłam więc, posyłając im kartki z serdecznymi pozdrowieniami z podróży:
"Najdroższa Gnozo,
nie wyobrażasz sobie, jak tu, skąd ślę Ci drgnienia powieki, skądinąd znane jako mrugnięcia, rozpyszniły się jaśminy. Pogoda jest nadzwyczajna, od półtora tygodnia leje, w każdy poranek wsuwam więc nogi jak w zielone kalosze i idę pomiędzy ich białe kwiaty, strząsam rosę. Serdecznie dziękuję Ci za list, w którym tyle, tyle ciepłych słów; pytasz mnie w nim o plan dalszej podróży, przyznać więc muszę, że nie umiem na tak postawione pytanie odpowiedzieć w tej chwili. Urlop mój zdaje się chwilowo nie mieć końca, niechże tak pozostanie,
Na zawsze Twoja
M."
Czasami na brzegu tekturki umieszczam jakiś zabawny rysunek - czaszkę ze skrzyżowanymi piszczelami, ochłap mięsa, zarys kości biodrowej z torebką stawową, nóż zamiast bandery mojego - jakby nie było - pirackiego statku.
Nie byłam też wierną kochanką, tuż przed świtem uciekłam Heideggerowi z łóżka, gdyż przeraził mnie sen o naszym wspólnie budowanym domu - imaginowałam sobie, że nie ma on ścian, staram się więc zawiesić obrazy mojej Mi na hakach rozpalonego powietrza, które z hukiem spadają w głęboką czeluść, bo nie ma tam również drewnianej podłogi, ani progu, na którym można byłoby usiąść i zapalić świetlistego papierosa, ciesząc się widokiem naszych krzepkich, lokowatych dzieci.
Z Nietzschem zatańczyłam kilka tang - spotykamy się zawsze niby przypadkiem, w zadymionym, ciasnym, ukropnym barze jak w piekielnym tyglu. Przy kontuarze podają nam w kieliszkach ogień, który Frycek nauczył mnie połykać pierwszego wieczoru - zrazu zakochana w nim, gdy ucichła orkiestra zobaczyłam przemykającego od kuchennych drzwi Prometeusza i nie mogłam już pozwolić sobie na kolejnego drinka. Na trzeźwo zaś - musisz przyznać - nie tańczy się z poetami najlepiej. Gdzieś u podstawy kręgosłupa, w najgłębszych mrokach wnętrzności, przy każdym potknięciu rodzi się niepohamowany, czkający śmiech, na który oni reagują uniesieniem podbródka. Ach tak.
Czasem, kiedy wiatr odwróci moje spojrzenie w tym samym, co wszystkich, kierunku, ogarnia mnie jakiś niesmak, rodzaj zgagi, jak po zjedzeniu zbyt gorzkiej czekolady. Niemal słyszę ponad głową otwierające się niebiosa i siedem trąb (zapewne podwójnostroikowych, wiem dobrze, widziałam je na podbrzuszach bazylik), odruchowo uchylam prawe ramię.
"Magdo! Gramy DO klawiatury, DO klawiatury, rozumiesz? No, spróbuj jeszcze raz od repetycji"
Próbuję, Pani Profesor, próbuję.
wielu rzeczy nie przemyślałam zbyt dokładnie, trzeba przyznać. przemknęłam po nich opuszkami, głasnęłam je brzegiem pseudoetnosukienki, zahaczyłam warkoczem, nie zagrałam ich mięsiście. Odruchowo robię unik prawym ramieniem - z tamtej strony moje ciało spodziewa się spiczastych, dobrych palców Pani B., która zakrzykując "Magda!" spróbuje mnie doprowadzić do pełnej jedności z rytmem, który wymyka się moim opuszkom - co krok, co kuplet, co akcent.
przemknęłam więc, posyłając im kartki z serdecznymi pozdrowieniami z podróży:
"Najdroższa Gnozo,
nie wyobrażasz sobie, jak tu, skąd ślę Ci drgnienia powieki, skądinąd znane jako mrugnięcia, rozpyszniły się jaśminy. Pogoda jest nadzwyczajna, od półtora tygodnia leje, w każdy poranek wsuwam więc nogi jak w zielone kalosze i idę pomiędzy ich białe kwiaty, strząsam rosę. Serdecznie dziękuję Ci za list, w którym tyle, tyle ciepłych słów; pytasz mnie w nim o plan dalszej podróży, przyznać więc muszę, że nie umiem na tak postawione pytanie odpowiedzieć w tej chwili. Urlop mój zdaje się chwilowo nie mieć końca, niechże tak pozostanie,
Na zawsze Twoja
M."
Czasami na brzegu tekturki umieszczam jakiś zabawny rysunek - czaszkę ze skrzyżowanymi piszczelami, ochłap mięsa, zarys kości biodrowej z torebką stawową, nóż zamiast bandery mojego - jakby nie było - pirackiego statku.
Nie byłam też wierną kochanką, tuż przed świtem uciekłam Heideggerowi z łóżka, gdyż przeraził mnie sen o naszym wspólnie budowanym domu - imaginowałam sobie, że nie ma on ścian, staram się więc zawiesić obrazy mojej Mi na hakach rozpalonego powietrza, które z hukiem spadają w głęboką czeluść, bo nie ma tam również drewnianej podłogi, ani progu, na którym można byłoby usiąść i zapalić świetlistego papierosa, ciesząc się widokiem naszych krzepkich, lokowatych dzieci.
Z Nietzschem zatańczyłam kilka tang - spotykamy się zawsze niby przypadkiem, w zadymionym, ciasnym, ukropnym barze jak w piekielnym tyglu. Przy kontuarze podają nam w kieliszkach ogień, który Frycek nauczył mnie połykać pierwszego wieczoru - zrazu zakochana w nim, gdy ucichła orkiestra zobaczyłam przemykającego od kuchennych drzwi Prometeusza i nie mogłam już pozwolić sobie na kolejnego drinka. Na trzeźwo zaś - musisz przyznać - nie tańczy się z poetami najlepiej. Gdzieś u podstawy kręgosłupa, w najgłębszych mrokach wnętrzności, przy każdym potknięciu rodzi się niepohamowany, czkający śmiech, na który oni reagują uniesieniem podbródka. Ach tak.
Czasem, kiedy wiatr odwróci moje spojrzenie w tym samym, co wszystkich, kierunku, ogarnia mnie jakiś niesmak, rodzaj zgagi, jak po zjedzeniu zbyt gorzkiej czekolady. Niemal słyszę ponad głową otwierające się niebiosa i siedem trąb (zapewne podwójnostroikowych, wiem dobrze, widziałam je na podbrzuszach bazylik), odruchowo uchylam prawe ramię.
"Magdo! Gramy DO klawiatury, DO klawiatury, rozumiesz? No, spróbuj jeszcze raz od repetycji"
Próbuję, Pani Profesor, próbuję.
1.06.2009
wio sennie
wiosna
ona nago
na go
gnamy wio!
sennie oczy usta nos
po wieki
masz taki płaszcz
na deszcz
i mżawkę ławkę trawkę
usia! damy
laski i ich bobaski
w parku saskim
masz takie miękkie
skąd takie miękkie
głowa nam mięknie
w ten deszcz
powiedz mi jeszcz
ona nago
na go
gnamy wio!
sennie oczy usta nos
po wieki
masz taki płaszcz
na deszcz
i mżawkę ławkę trawkę
usia! damy
laski i ich bobaski
w parku saskim
masz takie miękkie
skąd takie miękkie
głowa nam mięknie
w ten deszcz
powiedz mi jeszcz
Subskrybuj:
Posty (Atom)