12.09.2009

anse kabanse szemrane romanse

- no, to musimy ustalić jakąś wspólną wersję.
- nie wiem, może, że "nic między nami nie było"?
- ale to wiarygodne jest?
- no nie wiem, spróbujmy - weź to powiedz...
- poczekaj, poczekaj. a przypadkiem nie "niczego"?
- niczego, może. "niczego między nami nie było". jakoś głupio.
- głupio-niegłupio, powiedz.
- sam sobie powiedz.
- a Asnyk nie napisał takiego wiersza? "Między nami nic nie było..."
- może i napisał, jebać Asnyka. no to na trzy cztery: ...

między nami nic nie było

- sztywno trochę, weź tak z większą emfazą następnym razem.

_________________________________________________________
*wszelkie podobieństwo do prawdziwych osób i zdarzeń jest przypadkowe.

11.09.2009

malinowe na tarcie

wiesz zaraz skończę
studia weź mnie i otwórz
mój indeks mam z historii literatury
same piątki przez wszystkie epoki
nurty prądy a ponadto z edytorstwa także umiem

korygować wszystkie fakapy złe końcówki i związki
frazeologiczne dlatego też zajmuję się
poezją jestem

nie uwierzysz zajebiście
sprawna językowo weź mnie
na stronie złap
za słówka a nawet trzymaj
za słowo to
i owo skoro
daję

10.09.2009

Drogi B.,

nie mogłeś mnie tam wczoraj widzieć - byłam wówczas na wysokiej połoninie, na Gocławiu, przekonałam się, że trzy przystanki od mojego magicznego domu jest koniec świata, na którym mieszka właściciel mojego mieszkania. I na początku chciałam go nienawidzić i bluzgać, bo było potwornie daleko...

i idę, i idę, pachnie botwinką, patrzę w lewo - pole dojrzałych buraków, przede mną światło - maryjka biało-błękitna z aureoliną zaplątaną z lampek jak gniazdem jaskółki, w końcu dom. Dzwonię. Podchodzi do furtki: to jest taki piesek, ale on pani nic nie zrobi. I ten labrador przy moich kolanach, myślę sobie - nie mogę się złościć. Dochodzimy do ganku, Ja przepraszam panią, że nie zapraszam do środka, ale ja mieszkam sam i mam taki okropny bałagan... I ten labrador, i ta ciemność, i on przelicza pieniądze, biorę odkurzacz, Tu rączkę urwałem, taki mam, widzi pani, talent... do czego się zabiorę, to psuję. Idziemy do bramy z powrotem, naprawdę przepraszam, że nie zapraszam do środka. I już idę dalej, trzaska furtka: a jak się w ogóle mieszka? bardzo przyjemnie, bardzo sympatycznie, mówię.

I mi ta ciemność staje w gardle i w oczach. Odkurzacz jest ciężki, ale nie aż tak.

Wracam do mieszkania, Dorota maluje w korytarzu Kuszenie Adama, opowiadam o tym, mój szanowny współlokator jednym okiem na mnie, drugim w notatki z filozofii zerkając, bo jutro egzamin ma z historii, bardzo poważny, po krótkiej pauzie przekłada podręcznik na drugi koniec biurka, mówi: Haha, tylko on, haha, i pies, haha, tylko on i pies, brzmi jak tytuł przygodowego filmu.

6.09.2009

ryby i dzieci

dzieci i welonki nie mają
głosu oprócz tych z haczykami i
tych na wenflonach
bo zawsze się wysłucha
złotego życzenia ostatniej rybki
a czasem nawet coś
tknie i wrzuci się
do rzeki
z powrotem

5.09.2009

biwak

czyham pomiędzy namiotami uchylonych tomików
na pierwsze znaczenie świtu ale to prawdziwe
bez namysłu które przyniesie ślina
na język

30.08.2009

zakochiwanie się jest wysoce niepraktyczne

czasem przechodzi po plecach taki wieczór, że zdanie kreśli się pięć razy. i od wielkiej litery do kropki wyrastają kostropate garby po których idą, skacząc Znaczenia.

W Krainie Pod Kreską snuję się bezproduktywnie, zlizuję z drzew ibidem, zrywam najświeższe listki ad vocem i udaję sama przed sobą, że nic z tego nie wynika.

ale przechodzi po plecach taki wieczór, gdy staje się nad wyszorowanym do białości emaliowanym garnkiem i wrzuca się, po trochu, po odrobinie, odważa, warzy i rozważa.

i martwi mnie, że nagła zmiana - że mogę to w końcu zrobić! przez dobrych kilka miesięcy wiłamsiękręciłamsięzapierałamnienienie, bo muszę jeszcze raz dotknąć, muszę jeszcze raz spojrzeć, jeszcze raz spróbować.

ale przechodzi po plecach taki wieczór, gdy jest mi wszystko jedno, gdy się ten zmysłowy świat wyjaławia, gdy ręce wkładam do kieszeni, usta zbieram w ciup i nawet! zamykam powieki.

schowałam głęboko aparat. nie udało się zrobić portretu. a taka byłam zakochana.

9.08.2009

don't you worry, life is easy

- coś z nim jest nie tak, prawda? ma chyba nieproporcjonalnie duże dłonie...
- w ogóle jest dużym chłopcem - mówię, przytulając się do konaru jego prawego ramienia. dłonią zahaczyłam o pajęczynę. zamknęłam oczy.

wegetujemy w cieniu olbrzymów, którzy odchodzą polną drogą do swoich spraw, noga za nogą, jeden za drugim. rośną wokół mnie wzgórza książek, które napisali, których są bohaterami, które im dedykowano, kładę się pomiędzy nimi i wdycham wiatr, który błąka się w dolinie. żaden z ludzi, z którymi pijam herbaty, których trzymam za dłonie patrząc w dół na rzekę, nie pachnie w ten sposób. założyłam zeszyt, w jakim kiedyś moje rówieśniczki wklejałyby wycięte z prasy portrety sławnych aktorów; fotosy, które tam umieszczam, mają czarne tła i białe, skąpe napisy z ośmioma cyframi i półpauzą w środku.

jesteśmy tym trochę przybici - bo olbrzymowie byli nam bardzo potrzebni. podawali z najwyższych półek rzeczy, których nie mogliśmy nawet zobaczyć, stawali na palcach, by określić dalszy kierunek marszu, głaskali nas po głowach, gdy było nam bardzo smutno, a przede wszystkim - siadywali w progu, żebyśmy mogli się nimi zachwycać: wielcy, potężni, milczący i dobrzy.

Żyjemy w epoce cieni olbrzymów i nie mam im za złe, że odchodzą. Musimy w końcu zacząć myśleć na własny rachunek.

potem przeszłyśmy nad Wisłę i z miejsca, gdzie jawisła wystawia leżaki, zobaczyłam pekin pomiędzy ramionami pomnika saperów: wnętrze betonowego kwiatu.