7.06.2011

Listy pal

Warto palić za sobą gorzkie listy, żeby nie stracić do siebie szacunku, gdy się je przypadkiem znajdzie po kilku latach, niewysłane. Albo nie pisać gorzkich listów. Albo nie zaglądać po latach do starych listów, zwłaszcza tych zaplątanych między nutami.

6.06.2011

muzeum - preludium

Tylko jak to zacząć?

- Pisz: "Od powrotu Marianny nic nie jest takie, jak dawniej" - zwykle dobrą dykcję blokuje jej teraz guma do żucia. Znam smak tej gumy, ale nie umiem go opisać. Jak można się domyślać, w tej scenie Marianna piłuje również paznokcie, ma pomalowane na czerwono, wydęte w nielicznych przestojach w żuciu, usta. Jest choleryczką. Żucie, jak wcześniej palenie, bazgranie po kartce, stukanie w blat, klapanie drewniakiem pod stołem, zawijanie włosów na palec - jest wyrazem niezadowolenia, że świat kręci się tak wolno. Zawsze wypatruje tego wieczoru, jutra, lata - popycha z mozołem wskazówki do przodu. Może dlatego w miejscu jej ciała na zdjęciach pojawiał się tylko zamazany kształt. Ostrą fotografię zrobię jej dopiero po śmierci.

- To jest przestarzała konwencja, Manieczko. Poza tym nie pasuje do sytuacji, bo to po wyjeździe kogoś "nic nie jest takie, jak dawniej", nie po powrocie. Ain't no sunshine when she's gone.

Pilnik zatrzymał się na chwilę, jak smyczek na znak niezadowolonego dyrygenta, Marianna uniosła w górę głowę, wypuściła ciężko powietrze, tworząc nierównomierny różowy balon wielkości jabłka. W końcu pękł. Wzruszyła ramionami i odkręciła lakier.

- Ja zawsze sobie odpowiadam na pytanie, co chcę napisać, a potem piszę to. Proste. Ostatnio na przykład znów przyśniło mi się muzeum...

- Muzeum.

- Muzeum. Ilekroć mi się przyśni, krzyczę: to ono, to ono, znów jestem w muzeum, już od podjazdu, od ogrodu, od wejścia drę się: WRÓCIŁAAAAAM, WRÓCIŁAAAAAAM! I rzucam się do kolejnych skrytek, schowków, komódek, wiem, że noc jest bardzo krótka i zaraz się obudzę, nawet nie ze względu na to, że muszę, ale obudzę się, bo mój mózg uzna, że już się wyspał, że już mu wystarczy, a ja dopiero zobaczyłam piwnice! Któregoś razu zdążyłam tylko wejść do błękitnego ogrodu.

- Ogrodu.

- Ogrodu. Zamykam oczy. Widzę podjazd, ten bielejący budynek po prawej, kątem oka rabatki, wiesz, zaskakuje coś tam w głowie: muzeum! Muzeum! Teraaaaaz, chcę się drzeć, ale zwodzi mnie ogród z prawej strony, od pola. Jest kruszejący, migotliwy, powietrze nasycone kolorem, więc jest widoczne. składa się z kryształków światła, z łyków kolorów. Więc w pierwszej chwili zdaje się, że stoisz przed obrazem, ale dajesz krok do przodu i okazuje się, że to jest jak jakiś pieprzony holograf.

- Hologram.

- W każdym razie wchodzisz w ten obraz, w to inne światło. I trawa jest mniej więcej do kolan, ale kołysze się wolniej niż wszystko dookoła, jakieś pięć razy wolniej, jest błękitna, jak i to powietrze, miodowo - błękitno - szare, jak gdyby to drzewa przesiewały światło, ale to nie drzewa, drzew w tym powietrzu nie ma.

- Dziwne.

- Dziwne, nie? Niebieskie pastwisko. No więc dziś znów śniło mi się muzeum, ale zupełnie inaczej.

18.02.2011

Droga M.

Jest tyle do wyboru rozpoczęć listów, gdy się je pisze z tak daleka; wszystkie niezgrabne, sfilcowane. Tak jak się z pomieszaniem zażenowania i smutku przymierza sukienkę po zimie, piszę. Niby ja, a nie ja, z wizytowym uśmiechem, przychodzę do Ciebie w nakrochmalonych słowach: jak się masz?

W odpowiedzi ślemy fotki robione komórką: ciemne plamy z kolorowymi refleksami, czytelne w najlepszym przypadku dla tego, kto je zrobił. Przerzucam archiwum klatka po klatce, bo telefon zaczął się wieszać przy najprostszej czynności, SMS-y wysyła nazajutrz, połączenia wykonuje, sapiąc. Przyrzekłam sobie kasować co drugie, w praktyce usuwam co czwarte, brutalnie ćwierć idzie na śmierć. czy jestem pewna, że chcę skasować. okej.

Dręczy mnie myśl, że kot już nigdy może nie usiąść w ten sposób, a słońce nigdy nie zajdzie w tym kolorze. Nigdy więcej nie wypożyczę tej książki. A tego budynku już chyba nie ma. Nigdy nie wypiję tego piwa, a obok nie będą stały niebieskie barwione chryzantemy i nie będzie siedział po mojej lewej stronie. Prawej. Nie będziemy mieli takich pełnych buź ani gładkiej skóry, i nigdy nie zjedziemy rowerem w dół Tamki, a nawet jeśli zjedziemy, to na pewno nie będzie tam już patrolu policji i wszystko wyjdzie o połowę mniej śmieszne. tort. skąd mogę mieć pewność, że jeszcze kiedyś zrobisz mi tort. że będzie cię bolała głowa i trzeba ci będzie podać bardzo silne leki i czekać, aż wydobrzejesz. a w tym mieszkaniu zmienili teraz abażury, widziałam. tam chińczyk jest taki teraz, to chodzę czasem.

może by je wrzucić gdzieś na serwer? nie zajrzę do nich nigdy, chyba, że się zapcha; nie muszę zaglądać. potrzebuję za to mieć poczucie, że są tam gdzieś, w mojej torebce, cztery lata kwadransów nudy. nie umiem im dać odejść. inaczej będę nerwowo w niej grzebać, czekając na autobus, a po chwili zdawać sobie sprawę, że oto jedzie, a potem zapomnieć, że szukałam.

Co u mnie. Zdaje się, że nie pamiętam stanu wyjściowego, nie wiem, na czym to stanęłyśmy. Widziałam cię tak dawno, że właściwie nigdy, okręt przeskoczył za parawan horyzontu, a właściwie to nie ty, tylko ja przeskoczyłam.

to co, może zaparzę ci tych zdjęć; słodzisz?

cóż to by był za piękny skok, wrzucić ten telefon w zimne morze. jaki piękny skok!

5.02.2011

znowu wieje

Znów wiatr zmian.

Nakręcam zegarek, nie patrząc na cyfry. Zależy mi tylko na tykaniu; tykaniu, aż się obudzę; tykaniu, żeby zagłuszyć wycie.

Mieszkamy w domu, którego nikt nie wybudował i którego nikt nie odziedziczył; Jesteśmy tu na równo-nierównych prawach: równych, bo wszyscy z tej samej przyczyny, nierównych, bo przyczyną jest mój gust - wybredny - w kwestii ludzi; dom stoi pośrodku polany układającej się językiem w dół lasu. Na horyzoncie pienią się góry i wiadomo, że stamtąd właśnie wieje wieje wieje.

Wracamy z ogromnych zakupów i bardzo żałuję, że zapomniałam o latawcu.

- Zapomniałam o latawcu - mówię do ciebie. - Czy nie szkoda byłoby - kokietuję - taki wiatr zmarnować?

Kobiety zabierają się więc do pracy, uwijają się, łokciują się w kuchni, wyrabiają podroby na latawiec.

- Z mięsa - powątpiewam - latawiec nie pofrunie.

Idę do Ciebie jeszcze raz jak do wyroczni, to bezczelne, ale mówię:

- No weź.

Po czym zasypiam, zasypiam beztrosko i bezwiednie, jak najedzony osesek. Zdaje się, że rolą moją w tym świecie jest najadać się i wymagać. Cóż za uwsteczniająca dla ego pozycja.

Patrzę na zegarek z przerażeniem, ale ćś, ale spokojnie, ale jeszcze nie zaszło słońce. Za oknem, za które wyglądam, śmigają w ustalonej częstości rozpoznawane przeze mnie pary trzewików. Zbudowaliście.

Zbudowaliście latawiec, który nie powiewał na wietrze, ale napędzał machinę tuż nad naszym domem - karuzelę huśtawek, lin, trapezów; a wszystko z precyzyjną dokładnością. I wasze miny poważne, jak przystało na eksperyment. Marie Curie testują dzieciństwo. Wynik pozytywny. Margines błędu...

14.01.2011

album

nie ma kamienia wierzby nie ma nie mam
czasu naświetlania
w wielkim błękitnym hangarze
zbyt nerwowy plener

zamiast kamienia szarak w miejscu wierzby
sus spod ciężkiego spojrzenia
w drugi miększy plan

pod kamieniem robak wierzby
przenośna pamięć
brakuje mi czasu
naświetlania

dużo kosztowało zachodu hangar
klisz obiektywów powielaczy
dzień noc przetapia niecierpliwie
dokręca słoiki
idzie ciemnia

i co mam na usprawiedliwienie
młoda panno nie ślub
nie pogrzeb chrzciny chciałam

usiąść znów na progu
nigdy przez niego nie przechodzić

spójrzcie
ptaszek
leci

25.12.2010

.

gdybyśmy mieli wiklinowe witki
zamiast palców moglibyśmy
złożyć dłonie w łódki
nabrać mroku po burty
nie uronić ani kropli

światło się tak szybko rozprzestrzenia

8.11.2010

zwierzę

migotało lato. siatki dyfrakcyjne wierzbowych pióropuszy przesiewały światło na ciepły bochenek planety, którego chrupka skórka pękła na grzebiecie, tworząc kanion na szerokość mojego kręgosłupa. przyłożyłam go do szorstkiej rany. byliśmy komplementarni.

po jednej stronie kanionu niebo zniżało loty i pomarszczona ręka wystawiła mu spodeczek z mlekiem na próg, na lepszy sen. dociągnięto klamkę i przekręcono klucz, breloczek ze sznurka i ołowianego żołnierzyka zastukał kilkakrotnie o wieko drzwi. skradałam się wkoło domu. za którymś okrążeniem dołączył do mnie ojciec i jego pies, czarny jak noc, miękki jak mgła. szorstkim językiem łaskotał moje słone łydki. nie mogliśmy się zatrzymać.

po drugiej stronie kanionu niebo podnosiło kurtynę, z której sypał się złocisty, duszący kurz, chwytający światło jak miód powietrze w pęcherzyki. jadowita trawa smagała mnie powyżej kolan, gdy biegłam pomiędzy zgarbionym sadem a zgarbionymi sadownikami, by dosięgnąć jego białych skrzydeł. tyle z nim mamy kłopotu, mówi matka, co za głupia miłość. w gołębniku w szczycie domu czeka na niego kaleki bocian, który nie mógł odlecieć donikąd, choćby i miał sprawne skrzydła. struś wspiął się do niego po szczeblach drabiny i ułożył kolejną warstwę puchu z siebie, pod samym niebem, niedosięgłą.

nie martw się, mamo. widocznie i tak były chore. nie przyszłyby przecież do nas, gdyby same potrafiły sobie znaleźć pożywienie.

mama płakała, ale ja wiedziałam, że to nawet lepiej, bo nie dalibyśmy ich rady zabrać z nami.

w kilka dni później odeszliśmy, zostawiając światu uchylone drzwi. i nie było już komu zapierać tchu w piersiach, nie było do kogo się mizdrzyć, nie było dla kogo zmieniać strój cztery razy do roku. stracił apetyt. przestał się malować.

aż w końcu pewnie któregoś ranka nie wstał z łóżka.