pociąg -
pożądanie podążania
kolejka na poczcie jest długa i bez sensu. okienko a, be czy ce? przy każdym z zielonych guzików jest opis, z którego nie rozumiem ani słowa. nauczyłam się na małpę, że be. do be kolejka jest najdłuższa, a pani z okienka lubi znikać na długie minuty za pancernymi drzwiami, nie wiadomo po co. na bileciku wyplutym przez automat próbuję pisać haiku.
- Co jest w tym liście? - pyta kobieta skulona jak gołąb przy parapecie, podając awizo.
- A kim pani jest?
- Chcę wiedzieć, kto go wysłał.
- A ja chcę wiedzieć, kim pani jest.
Gołębica prostuje się, przesuwa różowe żylaste palce po poręczy torebki.
- Proszę pani, adresat nie żyje. Jestem jego żoną.
- To jest list z banku.
- Chce pani zobaczyć akt zgonu?
- Nie potrzebuję go widzieć. Wystarczy, że...
- Nie chcę. Niech mi dadzą święty spokój. Niech pani to odeśle, niech napisze, że adresat nie żyje, i tyle.
- Proponuję, żeby go pani otworzyła. Ale nie chce go pani nawet obejrzeć? może tam jest coś ważnego?
na wyświetlaczu zaczyna migać mój numer, 645. tyle osób od rana. spostrzegam - napisałam to haiku. pomyślałam z przerażeniem, że mogą ode mnie zażądać okazania biletu. powiem, że mi wypadł. mimo to bezradnie miądlę go w rękach. pani z okienka waży, mierzy i liczy.
po wejściu w bramę, którą chodzę na skróty, spotykam znów Gołębicę - stoi na środku podwórka i patrzy gdzieś wzwyż, ponad siebie. nie rusza się. nie uśmiecha. patrzę tam, gdzie ona. niczego tam nie ma. drzewo na wprost okien.
wysiadam z kolejki, czekam. wysiada. umówiliśmy się na tym peronie, o tej porze, jadąc z dwóch przeciwnych kierunków. pod nosem nucę "i nic nie wiedzieć o tem". śmieszne.
Wymieniamy się okładkami, grzbietami i treścią - pośrodku peronu, pomiędzy ludźmi, w samo południe. kilka metrów nad nami żar zdziera z przechodniów ubrania - ten bezwstyd jakoś nas usprawiedliwia. napisałam haiku - mówię - na poczcie.
potem w żarze nie czuć zapachu drzew, trzeba wkładać nos w jaśmin i zaciągać się sproszkowanym słońcem. idziemy naznaczeni, unosząc lekko podbródki.
w pociągu - dziurawej kołysce - czerwona forma znów modeluje mi kręgosłup. dobrze, że został mi jeszcze ten moralny. chociaż marny z niego pożytek, jeśli trzeba będzie leżeć.
w czerwonej kolebce obok - tłumek mężczyzn mówi o ruchaniu. ale bym sobie poruchał, a jak z nią się rucha, kiedy ruchałeś, rechoczą. jeden pan jest w mundurze. dwóch kolejnych co chwilę przechyla butelki. po chwili spostrzegam, że jest z nimi także kobieta. w białym swetrze, uśmiechnięta. gruchocze. pan w mundurze - gruchocze.
*
- grałaś?
- nie, nie grałam. nie gram od dziesięciu miesięcy.
piłeś?
*
gdzieś w dole, pod nasypem, w czarnej dziurze nocy trawniki liżą się czerwonymi językami. czarny dym swobodnie wchodzi do przedziału jak młoda kobieta na bajecznie wysokich szpilkach - pachnie aż po krawędź przyzwoitości. pomyślałam nagle...
albo nie, jeszcze nie teraz.
30.04.2009
26.04.2009
baudelaire i kabanosy. wiosną w twarz
wysokie napięcie rzekotu żab
zatrzymuje akcję
serca stają na krawędzi nieba
prawdziwego i nieba-fałsz
o ćwierć tonu niżej
pod dźwiękiem
wuzetkę atramentu
daj mi
srebrną stalówką księżyca
to się nazywa
restytucja krążeniowo-oddechowa
trocheotobia (wulgarniej)
wezwiesz pomoc
przyjadą białe kitle
z kitli kieszeni
wysuną żmije z sykiem
czarny otwarty ze zdziwienia dzióbek
i uszczypną mnie nocą w łopatki
oddychać nie oddychać
oddychać
nie oddychać
niech się pan w końcu zdecyduje
konieczne bańki
zapiszą Ci na fragmencie bandaża
od rozpalonego ognia
podchodził będziesz do mnie na palcach stóp
a w palcach dłoni
przyniesiesz mi szczyptę piekielnego słońca
i posypiesz kręgosłup
jak cynamonem
dla niepoznaki zaśpiewasz piosenkę
o tej, która nie zważa na chłopców
zabierzesz wszystkie lusterka z królestwa
żebym nie patrzyła
na wielkie tłuste piegi w kształcie malin
bo tak się kończy
jeśli tego nie wiesz, chłopcze
puszczanie baniek zrodzonych z płomienia
zatrzymuje akcję
serca stają na krawędzi nieba
prawdziwego i nieba-fałsz
o ćwierć tonu niżej
pod dźwiękiem
wuzetkę atramentu
daj mi
srebrną stalówką księżyca
to się nazywa
restytucja krążeniowo-oddechowa
trocheotobia (wulgarniej)
wezwiesz pomoc
przyjadą białe kitle
z kitli kieszeni
wysuną żmije z sykiem
czarny otwarty ze zdziwienia dzióbek
i uszczypną mnie nocą w łopatki
oddychać nie oddychać
oddychać
nie oddychać
niech się pan w końcu zdecyduje
konieczne bańki
zapiszą Ci na fragmencie bandaża
od rozpalonego ognia
podchodził będziesz do mnie na palcach stóp
a w palcach dłoni
przyniesiesz mi szczyptę piekielnego słońca
i posypiesz kręgosłup
jak cynamonem
dla niepoznaki zaśpiewasz piosenkę
o tej, która nie zważa na chłopców
zabierzesz wszystkie lusterka z królestwa
żebym nie patrzyła
na wielkie tłuste piegi w kształcie malin
bo tak się kończy
jeśli tego nie wiesz, chłopcze
puszczanie baniek zrodzonych z płomienia
18.04.2009
wysoka częstotkliwość

szklany poranek. karmię ryby okruchami nadgniłej przestrzeni.
wejście lub wyjście kolejnego mężczyzny powoduje przeciąg. za skowytem otwieranych drzwi balkonowych wlewa się jak z wiadra przy czyszczeniu podłogi zielony, lepki niepokój. wciągam nogi na łóżko. z kserówki traktatu filozoficznego szybko sklecam łódki. puszczone swobodnie płyną z powrotem za próg mieszkania, gdzie wita je fanfara pierzastego szczebiotu. Wiwat Królowa Celulozy!
W moich butach na obcasach, kupionych na takie właśnie okazje, podchodzę do okna i odsłaniam firankę. Świergot wzmaga się niecierpliwie. Na szyldzie sąsiedniego sklepu z tanią biżuterią i nakryciami głowy dostrzegam źródło dźwięku: dwa naczupurzone pompony szarości. To wróbel podaje wróblicy miłość tylnymi drzwiami, od zaplecza, od kuchni.
Pan Bóg wyganiając nas z raju odebrał nam ten dźwięk za karę:
żeby już zawsze sąsiadki zamykały z trzaskiem okno na naszą miłość,
choć otwierają je szeroko - na ptasią.
13.04.2009
1.04.2009
pryma aprylis
dźwięk, do którego się wraca
na pięciokrotnych wijach kabli
zawieszam klucz
madames et monsieurs:
madame et monsieur!
dwa krzyżyki obok klucza
narzucają
dźwięk, do którego się wraca
do którego trzeba
bo inaczej
nie
de
spotkał mnie dzisiaj czarodziej
w walizce na kółkach miał schowane lalki
rozpoznałam to po stukocie kółek o bruk
iik iik ii
tak stukają kółka wiozące lalki
trochę na trzy
(a w tle za szorstkim garniturem z wełny
wieża zegarowa iska spomiędzy chmur
miarowe, obcasowe guziki w sam raz
na oczy bezczelnym kukłom)
czy robisz im drewniane brzuchy?
pytam patrząc łakomie na kółka
drewniane trzewia
czarodziej obrusza się
kiedy one muszą być głaskane po brzuchach,
żeby w ogóle mogły przemówić
(a w tle za szorstkim garniturem z wełny
na wieży siada czarny strzęp mojej sukienki
bo musisz wiedzieć gdy oddam partyturę
że czarna była sukienka, a pantofle czerwone)
spotkał mnie dzisiaj czarodziej
taka dominanta
bo słońce stało w zenicie
nad wieżą ze strzępem
a może wcale nie
może były chmury
i czarodziej został w domu
a ja w czerwonych kaloszach
a ty patrzyłeś z góry
na pięciokrotne wije kabli
na krzyżyki
na klucz
vis-a-fis
jesteś jak dźwięk
do którego się wraca
czasem
o tercję za późno
na pięciokrotnych wijach kabli
zawieszam klucz
madames et monsieurs:
madame et monsieur!
dwa krzyżyki obok klucza
narzucają
dźwięk, do którego się wraca
do którego trzeba
bo inaczej
nie
de
spotkał mnie dzisiaj czarodziej
w walizce na kółkach miał schowane lalki
rozpoznałam to po stukocie kółek o bruk
iik iik ii
tak stukają kółka wiozące lalki
trochę na trzy
(a w tle za szorstkim garniturem z wełny
wieża zegarowa iska spomiędzy chmur
miarowe, obcasowe guziki w sam raz
na oczy bezczelnym kukłom)
czy robisz im drewniane brzuchy?
pytam patrząc łakomie na kółka
drewniane trzewia
czarodziej obrusza się
kiedy one muszą być głaskane po brzuchach,
żeby w ogóle mogły przemówić
(a w tle za szorstkim garniturem z wełny
na wieży siada czarny strzęp mojej sukienki
bo musisz wiedzieć gdy oddam partyturę
że czarna była sukienka, a pantofle czerwone)
spotkał mnie dzisiaj czarodziej
taka dominanta
bo słońce stało w zenicie
nad wieżą ze strzępem
a może wcale nie
może były chmury
i czarodziej został w domu
a ja w czerwonych kaloszach
a ty patrzyłeś z góry
na pięciokrotne wije kabli
na krzyżyki
na klucz
vis-a-fis
jesteś jak dźwięk
do którego się wraca
czasem
o tercję za późno
26.03.2009
punkt ksero (pomysł I)

W mieście, które pamiętam, punkt ksero był położony przy dobrze oświetlonej ulicy biegnącej wzdłuż rzeki. Najłatwiej było dojechać tu z centrum - wystarczyło wsiąść w którąś z korkowych łodzi i spłynąć z nurtem aż do mostu. Ale pojawiali się także klienci z obrzeży miasta (a nawet z peryferii), albowiem tylko w naszym punkcie zakupić było można miłość.
Pracowałam tam od świtu do nocy, w dusznej, szklanej budce, otoczona półkami. Szyby to była konieczność - prowadziliśmy bowiem wymianę walut i trzeba było zapobiegać kradzieżom, ale półek w takiej ilości nigdy nie potrafiłam uzasadnić. Stały na nich książki z serii NNNP (których nikt nigdy nie przeczyta), słoiki pełne gorzkich konfitur, zwoje niemodnych chyba od zawsze tkanin, pudełka śrubek, gwintów i gwoździków a także szereg pudeł, których zawartości nie miałam odwagi poznać.
Nie byłoby jednak w tej pracy najgorzej, gdyby nie fakt, że przychodzili tu nieodpowiedzialni klienci.
Procedura zakupu była aż nazbyt prosta. Gdyby ktokolwiek słuchał moich zaleceń... uniknięto by może przeróżnych komplikacji.
Najczęściej łamano zasadę: PRZY OKIENKU MOŻE PRZEBYWAĆ TYLKO JEDEN KLIENT. Przynajmniej raz dziennie trafiał się ktoś, dla kogo zapis ten był zbyt trudny do pojęcia. Albo taki, który tę przestrogę zlekceważył, nieświadom tragicznych skutków takiej postawy.
- Dzień dobry. Prosimy pół kilo szczęścia, dwa opakowania zaufania i torebkę spełnienia - stali przede mną uśmiechnięci, ale stremowani; niepewni, czy aby nie odeślę ich z kwitkiem. Ale ja nigdy, przenigdy nie zawiodłam. Pytałam stale:
- Jakie są Wasze Imiona? - i kiedy mi odpowiedzieli, załóżmy, Marta i Stefan, podawałam im przez otwór w szybce sprawunki oznakowane ich inicjałami.
- A teraz proszę odsunąć się od okienka.
I w tym właśnie momencie, w ułamku sekundy, rozgrywa się cały dramat, którego nie umiem, nie mogę powstrzymać zza szyby.
Marta i Stefan lekceważą moją prośbę, ponieważ zbyt są szczęśliwi po nabyciu tak drogocennego towaru. Patrzą sobie w oczy i jednocześnie przeliczają resztę, chowają ją do portmonetki, otwierają ogromną torbę i upychają w niej pakunki - a wszystko to ZALEDWIE O CENTYMETR od miejsca, z którego kazałam im odejść.
W tym samym momencie podchodzi dwoje następnych, bezimiennych jeszcze, interesantów i przez moment spotykają się wzrokiem - Ci odprężeni po udanych zakupach i Ci jeszcze lekko stremowani. Nagle w oczach Stefana zapala się iskra diabelskiego pomysłu: oto dostrzegł, że ta bezimienna klientka, przed chwilą jeszcze niewyróżniająca się z tłumu kolejki, jest w jakiś sposób piękniejsza, ciekawsza i świeższa niż to, co miał do tej pory.
W chwilę potem zamiast czworga szczęśliwych nabywców mam:
a) jedną Martę, która szlochając błaga o zwrot pieniędzy na podstawie paragonu (i ja tę prośbę spełniam, choć na szybce napisano: PO ODEJŚCIU OD OKIENKA REKLAMACJI NIE UWZGLĘDNIA SIĘ, ale ona od okienka jeszcze nie odeszła, na tym polega przecież jej tragizm, więc jej oddaję)
b) parę zapatrzonych w siebie, choć przecież jeszcze nieznających swoich imion ludzi, którzy nic u mnie nie kupią, bo w swojej głupocie nie wiedzą nawet, że w tej dziedzinie za wszystko trzeba słono zapłacić.
c) jednego bezimiennego chłopca, który odchodzi od okienka nie zdążywszy nawet spojrzeć w kierunku jutowych worków z wzajemnością.
Tak, niestety, kończy się około połowa moich transakcji. Obroty nie wzrastają ani o włos, choć w mieście myślą, że ten interes to żyła złota.
Wszystko zaś zawdzięczam temu, że ludzie nie czytają ogłoszeń. A wystarczyłoby we wskazanym momencie odejść od okienka...
Subskrybuj:
Posty (Atom)