kolejny wagon. video rzucone na boczne ekrany przewija się na podglądzie. dźwięk nadal nie działa, ale graficy dodali kolor. cuda techniki.
opuszki śledzą ścieg druku. nierówny. nagle odtwarzacz przyspiesza, przeskakują klatki, nie słyszę dźwięku
a gdyby tak napisać opowiadanie o gwałcie? taki monolog pudełka, które całe życie obwiesza się i fiokuje, obnosi się ze swoją seksualnością, aż nagle bams, plums i hopsasa, ktoś bierze to, co mu podano, bez pytania. wychodzi przed szereg. nie wciąga ślinki jak reszta. wykorzystuje moment. carpe diem.
ale wszystko napisać tak, że ta seksualność jest do granic, żeby się zastanowić na nowo, do czego prowadzi ta cywilizacja, gdzie tam, ponad głowami, na wielkich zdjęciach nagie, błyszczące ciała, rozchylone wargi, rozwarte uda, a tu, na dole, na padole, nikogo nie wolno dotknąć. a nawet pomyśleć o dotknięciu.
e, to było już. gry i zabawy. a poza tym - skąd ja wezmę realny opis uczuć gwałconej osoby?
zawijam się szczelniej szalem, bo oto - taśma przewinęła się do końca, silnik rzęzi, że dalej nie ma już nic, a taśma torów napina się na szpuli, przeglądam się w pociemniałym nagle ekranie, za plecami przemyka mi męska postać. patrzy. myślę: doprawdy, ładnie mi w białym, biały biel, śnieg, ścieg, niewinność, wychodzę do przedsionka, biały, biel, śnieg, ścieg, ślub, męska postać stoi obok i kątem oka widzę. męska. postać. w dłoni. trzyma. nabrzmiały. penis. potrząsa. i ściąga skórkę. jest ogromny i sinoróżowy. widzę kątem oka. przechodzeprzez. prze dział, wysiadamnape ron. ser cestuka obca sami dziewczynaprze demnąoglądasienerwowoprzyspieszakro kurzucami porozumiewa wcze
mówisz i masz.
28.10.2009
27.10.2009
sekretne życie walizek
jeśli zaś idzie o intymne pożycie nomadów, dementuję pogłoski, jakoby takie istniało. chyba, że w walizkach.
a kiedy już wracam do domu, nie mogę złowić snu, łóżko próbuje trząść i kołysać się na boki, obraz za oknem zrywa się do skoku, chleb z trzaskiem zamienia się w suchy prowiant. podciągam kolana pod brodę, wciskam się pod szafę. o świcie zatrzymam się na peronie. pustym.
a kiedy już wracam do domu, nie mogę złowić snu, łóżko próbuje trząść i kołysać się na boki, obraz za oknem zrywa się do skoku, chleb z trzaskiem zamienia się w suchy prowiant. podciągam kolana pod brodę, wciskam się pod szafę. o świcie zatrzymam się na peronie. pustym.
22.10.2009
sen z widokiem na okno
przekroczyłam pewną granicę w fotografowaniu: już nie dokumentuję, stwarzam.
brzmi to dumnie, więc głupio, ale tym razem czuję dobitnie, za każdym razem, gdy wyświetlam ten plik: to zdjęcie snu, nie - rzeczywistości.
i zaraz obsiadają mnie jak kumoszki ambiwalentne uczucia, z dwu stron polewają mi do jednego słoika i czekają cierpliwie na moją reakcję. wychylam. zaczyna się.
bo do tej pory próbowałam opisać to, co się dzieje, gdy rzekomo "zasypiam"; z niesmakiem, zresztą, stwierdziłam któregoś dnia, że wszystkie te obrazy są w bezczelnej większości transpozycją widoków sprzed zaśnięcia. miasto, w którym stawiałam pierwsze kroki, ma wprawdzie pogniecioną nieco mapę, ale to jest to miasto. targ leży na północ, nie na wschód od szkoły, park ma co najwyżej siedemset metrów długości, przejście go na skos zajmuje minutę, nie dobę, a w jeziorze nie mieszkają potwory. nie ma tu także wielkiego drewnianego wiaduktu, nie ma wieży w środku pola (jest tylko wieża ciśnień), a do szkoły wchodzi się po zwykłych, nie zaś - po szklanych, schodach. ale to jest to samo miasto.
ale słowa mi nie służyły. prosiłam kolejnych czytelników o opisanie tego, co udało im się zobaczyć, na podstawie mojego przekazu, i to nigdy nie był mój sen. pośrednictwo języka zabija dźwięk.
z drugiej strony - czy fotografii nie stworzono po to, by uwieczniać, mniej lub bardziej stylizując, ale jednak - prawdę? nie są więc moje zdjęcia tym, czym być powinny, są jakąś piekielną hybrydą, nipsemniwydrą, służą czemuś, co się nie mieści w granicach poznania i krytyki. a powinno.
ale budzi się we mnie rechot, przekorna, hultajska duma, że właśnie o totoTO! chodziło, i gdy otwieram ten plik - przed oczami staje mi nie miejsce, w którym postawiłam aparat, ale tamto. jeśli rozumiesz, czym jest tamto. jeśli tam byłeś.
19.10.2009
18.10.2009
k.łącza
nie zasiedlam, nie przyzwyczajam (siebie, innych), nie zapuszczam korzeni. generuję tylko k.łącza.
przeniosłam się na stałe w sieć, utożsamiłam się z płochymi portretami delikatnych istnień - natrętnie domagają się identyfikacji ze mną. gdy tylko odniosłam sukces, znalazły sposób, żeby o sobie przypomnieć. poprzednie wcielenia zapragnęły nagle odcinać kupony od nieswojego zwycięstwa, co więcej - od wygranej uwarunkowanej ich właśnie nieobecnością. bezczelność nie zna granic. wychodzi się dobrze tylko na zdjęciach.
odnalazłam w tym jakąś korzyść - parafując swoim nazwiskiem te portfolia smutku, niekończące się taśmy negatywów, prześwietlonych klisz, zyskałam k.łącze.
niezależnie od tego, ile kilometrów dzieli mnie od tak zwanego "domu", jestem tak zwaną "sobą". spadają na mnie kondygnacje łódzkiej historii? - nie szkodzi; przemraża lubelska tożsamość? - co z tego! wyświetl dostępne sieci bezprzewodowe, avatary z całego świata tylko czekają na kolejną językową arabeskę, dobre duchy z przeszłości wzdychają z ulgą, że nie trzeba dzwonić, i tak wszystko wiadomo. jak dobrze, że tyle się dzieje, jestem taka szczęśliwa.
łącze jest k.: łącze jest ku czemuś, czemu amputowano wszystko, poza inicjałem. odczuwam fantomowy ból po tym, co amputowano. jak pokonać taki ból? wyszukiwarka podpowiada terapię lustrem.
przeniosłam się na stałe w sieć, utożsamiłam się z płochymi portretami delikatnych istnień - natrętnie domagają się identyfikacji ze mną. gdy tylko odniosłam sukces, znalazły sposób, żeby o sobie przypomnieć. poprzednie wcielenia zapragnęły nagle odcinać kupony od nieswojego zwycięstwa, co więcej - od wygranej uwarunkowanej ich właśnie nieobecnością. bezczelność nie zna granic. wychodzi się dobrze tylko na zdjęciach.
odnalazłam w tym jakąś korzyść - parafując swoim nazwiskiem te portfolia smutku, niekończące się taśmy negatywów, prześwietlonych klisz, zyskałam k.łącze.
niezależnie od tego, ile kilometrów dzieli mnie od tak zwanego "domu", jestem tak zwaną "sobą". spadają na mnie kondygnacje łódzkiej historii? - nie szkodzi; przemraża lubelska tożsamość? - co z tego! wyświetl dostępne sieci bezprzewodowe, avatary z całego świata tylko czekają na kolejną językową arabeskę, dobre duchy z przeszłości wzdychają z ulgą, że nie trzeba dzwonić, i tak wszystko wiadomo. jak dobrze, że tyle się dzieje, jestem taka szczęśliwa.
łącze jest k.: łącze jest ku czemuś, czemu amputowano wszystko, poza inicjałem. odczuwam fantomowy ból po tym, co amputowano. jak pokonać taki ból? wyszukiwarka podpowiada terapię lustrem.
15.10.2009
parkowanie w miejscach do tego nieprzeznaczonych
jest surowo
zabronione rozmawiać z Inną
szybko wymieniać spojrzenia
nie wolno na lepsze
przecież nas związano
i gorsze widzę z wiaduktu
napływowe podszepty o sztukach
wyzwolonych ile tam było
w twoim życiu przede mną
po mnie jakiej doliczyłeś się
łącznej wartości nóg
ich włosów szalików i szyj
i rozmowy przyznam te rozmowy
trapią mnie przyzwyczajenia jakieś
przecież lubiły rodziny kawy rodzaje
filmów gatunki dotyku chociaż raz
gdybym mogła złapać uporczywą
myśl jakie były gdy w nie
zaglądałeś czy zostaniemy
przyjaciółmi przepchnęłabym
z kalendarza w gardło
godzinę o której
zaleca się zapomnieć
zabronione rozmawiać z Inną
szybko wymieniać spojrzenia
nie wolno na lepsze
przecież nas związano
i gorsze widzę z wiaduktu
napływowe podszepty o sztukach
wyzwolonych ile tam było
w twoim życiu przede mną
po mnie jakiej doliczyłeś się
łącznej wartości nóg
ich włosów szalików i szyj
i rozmowy przyznam te rozmowy
trapią mnie przyzwyczajenia jakieś
przecież lubiły rodziny kawy rodzaje
filmów gatunki dotyku chociaż raz
gdybym mogła złapać uporczywą
myśl jakie były gdy w nie
zaglądałeś czy zostaniemy
przyjaciółmi przepchnęłabym
z kalendarza w gardło
godzinę o której
zaleca się zapomnieć
12.10.2009
biała dama
jadę. jeśli modlitwa jest czasem wyciszenia, podróże są modlitwą.
gwiazdy, które budują kręgosłup, ustawiają się w coraz to mniejszą ilość konstelacji. jeśli oprzesz gwiazdę północną o brzeg czerwonej kołyski, a stopy umieścisz w metalowej uprzęży, zrozumiesz jedną z niewielu, które mi pozostały. no i nikt obok ciebie nie usiądzie.
wszystko spośród form stałych rozsmuża jak przy zawrotach głowy, każdy przedmiot znaczy się linią bez brzegów, jak skrzydła ćmy znaczą białą ścianę. albo jak biała ściana ociera się o skrzydła ćmy. mój stateczny gwiazdozbiór odbiera honory. kłaniają mu się kolejno smugi pistacjowe, pasma palonej sieny i dymionego siana, wstęgi paryskiego błękitu. wobec nadmiaru czci pozostaje niewzruszony.
zamykam powieki, bo to jakoś nie wypada nawet.
przedział jest pusty i upiornie cichy, zapadam we wnętrze kołyski jak w drewnianą niewyściełaną trumienkę. smugi układają się teraz warstwami jak kolejne epoki gleby, jak następne rozdziały ziemi, światło kluczy w labiryncie grudek i korzonków. dżdżownica toruje mu drogę.
nagle w tej sielskiej pauzie generalnej jakaś wyrwa, jakiś dźwięk się przegryza przez pięciolinię żałobnego marsza pod kloszem, spod którego odessano powietrze. jest jak spóźniony widz wpuszczony skrzypiącymi drzwiami (nici ze stanu skupienia). uchylam wieko powiek. to turla się, osierocona pod sąsiednią kołyską, butelka z powietrzem zamiast treści.
z etykiety odczytuję złote zgłoski: biała dama.
gwiazdy, które budują kręgosłup, ustawiają się w coraz to mniejszą ilość konstelacji. jeśli oprzesz gwiazdę północną o brzeg czerwonej kołyski, a stopy umieścisz w metalowej uprzęży, zrozumiesz jedną z niewielu, które mi pozostały. no i nikt obok ciebie nie usiądzie.
wszystko spośród form stałych rozsmuża jak przy zawrotach głowy, każdy przedmiot znaczy się linią bez brzegów, jak skrzydła ćmy znaczą białą ścianę. albo jak biała ściana ociera się o skrzydła ćmy. mój stateczny gwiazdozbiór odbiera honory. kłaniają mu się kolejno smugi pistacjowe, pasma palonej sieny i dymionego siana, wstęgi paryskiego błękitu. wobec nadmiaru czci pozostaje niewzruszony.
zamykam powieki, bo to jakoś nie wypada nawet.
przedział jest pusty i upiornie cichy, zapadam we wnętrze kołyski jak w drewnianą niewyściełaną trumienkę. smugi układają się teraz warstwami jak kolejne epoki gleby, jak następne rozdziały ziemi, światło kluczy w labiryncie grudek i korzonków. dżdżownica toruje mu drogę.
nagle w tej sielskiej pauzie generalnej jakaś wyrwa, jakiś dźwięk się przegryza przez pięciolinię żałobnego marsza pod kloszem, spod którego odessano powietrze. jest jak spóźniony widz wpuszczony skrzypiącymi drzwiami (nici ze stanu skupienia). uchylam wieko powiek. to turla się, osierocona pod sąsiednią kołyską, butelka z powietrzem zamiast treści.
z etykiety odczytuję złote zgłoski: biała dama.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
